Przez cały okres dzieciństwa i dojrzewania miałam albo nadwagę, albo skłonności do niej. Kiedy opuszczałam szkołę podstawową, lekarka ostrzegła mnie, żebym uważała na swoje kilogramy, bo mogę mieć z nimi problemy. Było ich wówczas 69 przy wzroście 172 cm. Jednak jako rozwijająca się nastolatka miałam duży apetyt, który w połączeniu z fatalną dietą doprowadził mnie do wagi 86 kg – kończyłam wówczas szkołę średnią. Wtedy rozpoczęły się moje walki z nadmiarem „kochanego ciała”. Często pozbywałam się kilku kilogramów, zawsze jednak towarzyszył temu znany efekt „jo-jo”, czyli mówiąc krótko: jeśli za szybko chudniesz, równie szybko tyjesz do wagi wyjściowej, albo jeszcze bardziej… Mając 20 lat zetknęłam się z ludźmi, którzy odżywiali się dietą wegetariańską, a przy tym zwracali uwagę na zachowywanie zdrowia jako moralny obowiązek człowieka. Zafascynowała mnie ich kuchnia – tak bardzo odmienna od mojej (której podstawę stanowiła wieprzowina i białe pieczywo), a zarazem tak smaczna. Ich rozumienie zdrowego stylu życia wydało mi się rozsądne, naukowo uzasadnione. Postanowiłam spróbować. Zaczęłam spożywać lekkostrawne, proste, naturalne potrawy (uwaga! – wcale nie w małych ilościach!), pić duże (!) ilości czystej wody, zażywać więcej ruchu i stosować inne zasady zaszyfrowane w haśle NEWSTART. W miarę upływu czasu docierały do mnie komunikaty, że wyładniałam (czytaj: schudłam); uświadamiałam sobie też, że prawie nie choruję. Co jakiś czas stawałam na wadze i za każdym razem wskazówka podawała mniejszą liczbę, aż w końcu zatrzymała się na 62 kg. Przyjęłam, iż jest to zaprogramowany dla mnie genetycznie ciężar ciała. Nie dochodziłam do niego drakońskimi dietami, lecz w sposób powolny i systematyczny, a przez to najzdrowszy i, co ważne, trwały!

Monika Anulak

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry