SENIOR NA KÓŁKACH – bardzo inspirująca historia!

Bob Andersen podjeżdżał samochodem do bramy swojej posiadłości, aby wyjąć pocztę ze skrzynki, a była to odległość zaledwie 50 m. Bał się iść pieszo ze względu na stan zdrowia. Po dwóch latach, jako 68-latek, przejechał Kanadę na rowerze!

Aileen Ludington wg sprawozdania Teresy Andersen

„Co chcesz zrobić?!?”
„Chciałbym przejechać rowerem Góry Skaliste – powiedział mój mąż Bob. Jego głos był poważny i spokojny, mówił bez większych emocji. „Mam wizytę u lekarza w Calgary w następny piątek. Jeżeli ruszę w poniedziałek rano, to powinienem zdążyć”. Musiałam zapytać po raz drugi, bo było mi trudno w to uwierzyć. Dwa lata temu Bob zwolnił się z pracy z powodu bardzo dotkliwych bólów kręgosłupa. Kiedy jego stan się pogarszał, nie mógł wykonywać nawet prostych zajęć domowych. Miał problemy z oddychaniem, tak że wsiadał do swojego 22-letniego Rovera, aby wyjąć pocztę ze skrzynki oddalonej o 50 m od domu.

Przyjaciele pocieszali go: „Całe życie ciężko pracowałeś, zasłużyłeś sobie na miękki tapczan przed telewizorem. W końcu nie musisz już harować”. Wolność związaną ze stałym bólem trudno jednak uważać za nagrodę. Faktycznie miękka sofa stała się dla Boba więzieniem. „Dobre” jedzenie, TV, papierosy i drinki stały się całym jego życiem, ale żadna z tych rzeczy nie poprawiła jego samopoczucia. Bob starał się być radosny i pogodny. Kiedy jednak siedział bez nadziei i patrzył przez okno, jak inni rąbali i układali w stóg drzewo na zimę, jego nastrój sięgnął dna. „Nic mi już nie pozostało – powiedział pewnego dnia – myślę, że już długo nie pożyję. W końcu przekroczyłem już wiek, w którym zmarł mój ojciec i starszy brat”.

„Masz dopiero 66 lat” – powiedziałam, chcąc podnieść go na duchu, ale to niewiele pomogło. Kilka dni później w gabinecie naszego lekarza rodzinnego sięgnęłam po ulotkę na temat jakichś spotkań dotyczących zdrowia, które miały
odbyć się w naszym mieście Creston w British Columbia. Lekarz zauważył moje zainteresowanie i zachęcił mnie, aby skorzystać z zaproszenia. „Koniecznie zabierz ze sobą Boba i powiedz mu, że to zalecenie lekarskie dla niego!”
Boba nie trzeba było długo namawiać. „Stan naszego zdrowia może być już tylko gorszy – powiedział – czy mamy coś do stracenia?” Oboje zapisaliśmy się na seminarium „Live with all your heart” prowadzone przez dr. Hansa Diehla i zaczęliśmy uczęszczać na spotkania. Wyniki naszych badań, wykonanych podczas programu, zmotywowały nas do działania. Wiedzieliśmy, że Bob ma artretyzm. Dowiedzieliśmy się również, że ma podwyższone ciśnienie krwi, poziom cholesterolu i poziom cukru. Moje wyniki nie były lepsze. Oboje mieliśmy na tyle dużą nadwagę, że zostaliśmy zakwalifikowani do osób otyłych. Kiedy dowiedzieliśmy się, że nasza bogata dieta i siedzący tryb życia mają udział w powstawaniu chorób serca, cukrzycy, nadciśnienia i osteoartrozy, chętnie poczyniliśmy zalecane zmiany.

Powrót do życia

Zrobiliśmy to z zimną krwią. Z dnia na dzień mięso, jajka, sól, alkohol, fast foody i kofeina znikły z naszego domu i z naszego życia. Napełniliśmy tym trzy duże worki na śmieci. Tamtego wieczoru mój mąż wyrzucił też papierosy po 35 latach nałogowego palenia. Następnego dnia Bob powoli i z bólem poszedł do skrzynki pocztowej odebrać listy. Wysiłek wyczerpał go, ale nie poddał się. Zaczęliśmy mieć też przyjemność z nowego sposobu odżywiania, który obejmował pełnoziarniste pieczywo i płatki zbożowe, świeże owoce, dużo warzyw, ziemniaki i nasiona strączkowe. Po trzech tygodniach takiego programu Bob czuł się zauważalnie lepiej – zdecydował się nawet na półkilometrowy spacer do miasta (w końcu zadzwonił, aby przyjechać i zabrać go samochodem, ale to go nie zniechęciło).
Czwartego tygodnia zdecydowaliśmy udać się razem do kościoła. Uważaliśmy siebie za chrześcijan, ale lata obojętności i zły stan zdrowia sprawił, że przestaliśmy praktykować. Teraz jednak nasza perspektywa zmieniała się, Słowo Boże nabrało dla nas nowego znaczenia. Zobaczyliśmy je w nowym świetle jako żywe, motywujące, pełne dobrych obietnic. Co tydzień byliśmy w kościele i poznaliśmy wielu nowych przyjaciół. Bob kontynuował spacery. Po czterech miesiącach stopniowego zwiększania dystansu na płaskim terenie postanowił zdobyć kilka pagórków. Mówią, że Bóg prostuje kręte drogi i to autentycznie stało się w życiu Boba. Po 6 miesiącach jego bóle w kręgosłupie znikły, mógł się zupełnie wyprostować i chodzić bez laski. Mógł też spacerować po pagórkach prawie tak samo sprawnie jak po płaskim terenie. A razem ze wzrostem sprawności i kondycji, wzrastał u niego pewnego rodzaju niepokój. Czułam, że zaczął marzyć o tym, aby zrobić w życiu jeszcze coś wyjątkowego i ekscytującego.

Donald, jeden z naszych synów, był entuzjastą jazdy na rowerze. Miał już za sobą wiele wypraw rowerowych w Stanach
Zjednoczonych, Kanadzie i na Hawajach. Bob zaczął zastanawiać się, czy to nie byłoby również coś dobrego dla niego. „Czy jestem już za stary, aby wsiąść na rower?” – zapytał pewnego dnia Donalda.
„Cóż, tato, mówią, że sport zaczyna być trochę ryzykowny po 90-tce. Ciebie to chyba jeszcze nie dotyczy”.
Kilka dni później nowy 18-biegowy Schwinn stał przed naszym domem. Kask, rowerowe rękawiczki, buty, gogle i wszelkie potrzebne oprzyrządowanie pojawiły się w ciągu kilku następnych dni. Bob zaczynał powoli, ale po niedługim czasie osiągał już 40-65 km dziennie. Tak się wciągnął, że wsiadał na rower przez 6 dni w tygodniu, a z każdą milą stawał się silniejszy. Po roku takiego stylu życia stracił 16 kilogramów nadwagi. Jego ciśnienie oraz poziom cholesterolu i cukru wróciły do normy. Ból w kręgosłupie zupełnie ustąpił. Rąbanie drewna na zimę stało się ponownie przyjemnością.
Spędzał teraz wiele szczęśliwych godzin w warsztacie wykonując prace stolarskie na zamówienie, zdecydował się nawet wybudować nowy dom. Zauważyłam też, że nasz rachunek za telefon wyraźnie wzrósł. A powodem tego były wielogodzinne rozmowy Boba z naszym synem Donaldem o tym, jak wyglądają długie profesjonalne wyprawy rowerowe. Nadszedł dzień, kiedy Bob i Don zdecydowali się zorganizować eskapadę po Górach Skalistych. Don był młody i wysportowany i trochę obawiał się o swojego 68-letniego ojca. Kiedy jednak pierwszego dnia wyprawy zobaczył, na
co Boba stać, jego obawy znikły i nabrał dużego respektu dla ojca.
„On rzeczywiście potrafi jeździć” – powiedział mi później Don. „Cały czas trzymał się z naszą grupą, a my wszyscy jesteśmy przecież od niego dużo młodsi”.

480 kilometrów

Nadszedł ten dzień, kiedy Bob oświadczył, że chciałby pojechać na rowerze do Calgary, na umówioną wizytę do swojego lekarza. Wyzwanie przejechania 480 km przez Góry Skaliste ekscytowało go. Zaczął szykować wyprawę i w najbliższy poniedziałek w pełnym stroju razem ze swoim wyczyszczonym, błyszczącym jak nowy rowerem, stał gotowy do drogi. Była 7. rano, kiedy Bob wyruszył. Przyjaciele machali mu i klaskali, kiedy opuszczał granice miasta. Skończyłam pakowanie prowiantu i sprzętu namiotowego i pojechałam do Cranbrook, gdzie przygotowałam obiad. Bob nadjechał o 13.15 trochę niezadowolony z siebie, bo jego rowerowy przyrząd do pomiaru dystansu wskazywał tylko 107 km. „Czy ten człowiek zapomniał, jak wiele tych kilometrów przemierzył pod górę?”
Zażartowałam, że potrzebuje bardziej wysokooktanowej benzyny. Po południu przygotowałam więcej zaopatrzenia
i pojechałam do Thunder Hill na pole kampingowe, gdzie rozbiłam namiot. Wkrótce nadjechał Bob, zmęczony, ale zadowolony. Jego licznik wskazywał 163 km. Po dobrej kolacji bawiliśmy się przy ognisku kampowym, ciesząc
się naszą drugą młodością. Kolejny dzień był cudowny. Puszyste, białe chmury otulały szczyty gór. Jesień rozpostarła
już swoje kolory, a przebijające się przez chmury promienie słońca czyniły ją jeszcze piękniejszą. W pobliżu jednego z wierzchołków Bob natknął się na dużego brunatnego niedźwiedzia. Zmienił przerzutkę na najwyższy bieg i zjechał ze szczytu tak szybko, aż sam się zdziwił! Tego wieczoru dołączyło do nas trzech młodych rowerzystów, jeden był z Anglii, a dwóch z Michigan. Po krótkiej pogawędce wszyscy ułożyliśmy się do snu w swoich namiotach. Trzeciego dnia powitała nas piękna słoneczna pogoda, ale było nieco mroźno. Nasi nowi przyjaciele zdecydowali się narąbać drewna i rozpalić
ognisko. Harcerzami jednak nigdy nie byli… i śmiać mi się chciało, kiedy na nich patrzyłam przy tej robocie. Bob w końcu wyszedł ze swojego namiotu i zrobił to za nich. Tego dnia czekała Boba kilkugodzinna ciężka jazda pod górę. Ale dreszcz emocji, że ma już za sobą Continental Divide, dodał mu nowej energii. Kiedy zjechał ze Storm Mountain (na wysokości 400 m n.p.m.), zaczęło padać. Miał trudności z hamowaniem; kiedy koła unosiły go po zalanej wodą nawierzchni hamulce w ogóle nie działały. Jego anioł stróż miał dużo pracy tego popołudnia. Nocowaliśmy na polu kampingowym w pięknym Banff. Ciepły prysznic był taki przyjemny. W nocy wyły łosie i przejeżdżające pociągi, ale Bob niczego nie słyszał.
Następnego dnia Bob szczęśliwie osiągnął cel swojej podróży – dojechał do Calgary. Przejechał 480 km, pokonując Góry Skaliste w ciągu trzech i pół dnia!

Następny przystanek: Ottawa

Kolejnego poranka Bob wyglądał na wypoczętego i w dobrej kondycji. Nie miał nawet zakwasów. Jedynym ubocznym efektem tych bądź co bądź trudnych ostatnich dni był spalony przez słońce nos.
„Cześć, młodzieńcze – przywitał go jego doktor, widząc go w sportowym ubraniu – wyglądasz dużo lepiej! Czyżbyś przeżywał swoją drugą młodość?”
„Cóż… doktorze – wyjąkał Bob – tym razem przyjechałem do Calgary innym środkiem transportu…”
Zauważając podekscytowanie Boba, doktor nachylił się bliżej.
„Nie mów, że autobusem… Nie, ty chyba przyleciałeś samolotem. Co?!? Przyjechałeś na rowerze?!?”
Doktor był zdumiony i zaczął wyciągać od Boba wszystkie szczegóły wyprawy, a nawet poszedł na zewnątrz obejrzeć jego rower.
„Musimy to opublikować” – powiedział i zadzwonił do lokalnej gazety. Po kilku minutach dziennikarze otoczyli nas, robiąc zdjęcia i zasypując nas pytaniami. Od tej pory nie wegetujemy na emeryturze. Oboje mamy rowery i kochamy życie na kółkach. Tak jak poprawia się nasze zdrowie fizyczne, wzrastamy też duchowo. Można powiedzieć, że „narodziliśmy
się na nowo”. Teraz cieszymy się z życia, mamy poczucie sensu i celu. Ostatnio zakończyliśmy podróż po Stanach Zjednoczonych, gdzie dzieliliśmy się naszymi doświadczeniami na wielu zorganizowanych spotkaniach, jak również w radio i w telewizji. Obecnie zaś jesteśmy bardzo zajęci naszym nowym projektem: 4.000 km przez Kanadę z Creston do Ottawy w Ontario.
Bob powiedział ostatnio, że drży na myśl o tym, co by było, gdybyśmy nie udali się na owe seminarium o zdrowiu dwa lata temu, zorganizowane w naszym mieście. Nasza druga młodość przewyższa pierwszą, bo nikt nie może nam powiedzieć, że czegoś nie możemy.

Powrót do zdrowia tak samo zdumiewający

Bob nie był jedynym członkiem rodziny Andersenów, którego zdrowie podłamywało się dwa lata wcześniej. Żona Boba, Theresa, również miała kilka poważnych problemów. Jej ciśnienie wynosiło 180/120, była stale na lekach, a jej waga wymykała się spod kontroli. Była w depresji przez całe miesiące. Zdarzały się nawet dni, kiedy nie wstawała z łóżka. Często myślała o śmierci. Bob nie mógł jej pomóc z powodu swoich problemów. Theresa miała również cukrzycę. Po roku nowego stylu życia ciśnienie krwi spadło u niej do wartości prawidłowych: 120/80. Mogła zupełnie odstawić leki.
Poziom cholesterolu obniżył się do wartości 172 mg% i unormował się poziom cukru. Puls spoczynkowy spadł z wartości 90/min. do 65/min. Zaczęła też dobrze sypiać bez zażywania tabletek nasennych. Ta promieniująca, energiczna kobieta niewiele przypomina mi tą, którą pamiętałam sprzed roku. Jej powrót do zdrowia był tak samo zdumiewający jak jej męża.

Dr med. Aileen Ludington – lekarz, doradca medyczny programów telewizyjnych, redaktor czasopisma „Lifeline
Health Letter”, autorka wielu książek popularyzujących zdrowy styl życia.

[Fundacja Źródła Życia artykuł z kwartalnika Zdrowie z wyboru nr 36]

Tags: , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

20 879 Spam Comments Blocked so far by Spam Free Wordpress

HTML tags are not allowed.